Historia

Budynek naszej Wspólnoty powstał w miejscu jednej z dwóch bliźniaczych kamienic Matiasa Taubenhausa zbudowanej w 1898 r. i niemal w całości zniszczonej podczas Powstania Warszawskiego. Sięgające pierwszego piętra ruiny rozebrano, w latach 1959-1960 zastępując je 7-kondygnacyjnym budynkiem w kształcie litery L. Żelbetową konstrukcję uzupełniono cegłą ceramiczną. Wielopłaszczyznowość elewacji, gzymsy i lizeny, nawiązują do socrealistycznego stylu powstałej kilka lat wcześniej Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej (MDM).

Członkami naszej Wspólnoty byli lub nadal są wybitni przedstawiciele świata kultury, artyści, dyplomaci, lekarze i naukowcy, m. in. prof. Maria Dąbska, Julia Hartwig, Danuta Płocka-Zabłocka, Adam Kępiński, Arkadiusz Konarzewski, Artur Międzyrzecki, Ryszard Szawłowski, Bogusław Śmiechowski. W latach 1971-1974 mieszkał i tworzył tu Zbigniew Herbert, gościli także Nobliści: Czesław Miłosz i Henry Kissinger, swój fotel miał twórca „Tygodnika Powszechnego” Jerzy Turowicz. Wieloletnim mieszkańcem był również Ludwik Kasiński, prezes Spółdzielni Wydawniczej „Czytelnik”.

Nasze podwórze słynie z ogromnego dzikiego wina, szczególnie pięknego i barwnego jesienią, pnącego się po zabytkowej ścianie sąsiedniej kamienicy, noszącej ślady pocisków z czasów II wojny światowej.  ...

Data publikacji: 2016-02-08 
Nasz blok na okładce "Stolicy" 
27 czerwca 1976 r.
Źródło: cyfrowemazowsze.pl

Data publikacji arykułu: 2013-01-10

Marszałkowska 68 - dawne dzieje

Dom Pisarzy
 
Prezes PEN Clubu Adam Pomorski określił Marszałkowską 68/70 Domem Pisarzy. Uczcił w ten sposób prawdziwy salon literacki, jakim od początku lat 60. XX wieku stało się mieszkanie Julii
Hartwig i Artura Międzyrzeckiego, a które w czasie ich pobytu w USA w latach 70. było też warszawskim adresem Katarzyny i Zbigniewa Herbertów.

Okazuje się, że miłość do literatury obecna jest w tym miejscu dużo dłużej niż kilkadziesiąt lat. Przesiąknięte są nią fundamenty zburzonej kamienicy Taubenhausa, które wyłaniają się, gdy tylko wbić szpadel na podwórzu albo dobrze poszukać w długich, piwnicznych korytarzach. Co mówią przysypane cienką warstwą ziemi gruzy neogotyckiej, eklektycznej Warszawy fin de siecle’u? Czy mieszkało tu więcej poetów czy prozaików? A może królowały inne dziedziny piśmiennictwa? Kto był płodniejszy w druku – naukowcy czy artyści?

Na rogu ówczesnej Sadowej (dziś Skorupki) i Marszałkowskiej, w początkach XX wieku świetnie prosperował skład win i towarów kolonialnych, którego najsłynniejszym, stałym klientem był Henryk Sienkiewicz. Mieszkał niedaleko, ale nie tylko dlatego wpadał często do tego sklepu. Niezwykle popularny, uhonorowany w 1905 r. literacką Nagrodą Nobla pisarz, miał tu szczególnego wielbiciela. Syn kupca Władysława Tarkowskiego - Staś, zafascynowany opowieściami o dalekich lądach, Afryce i Ameryce, przylgnął do autora Trylogii do tego stopnia, że Sienkiewicz uwiecznił go w ostatnim swym wielkim dziele – W pustyni i w puszczy, a Władysławowi Tarkowskiemu przekazał rękopis powieści.

Tak przynajmniej wynika z relacji Eugeniusza Szermentowskiego, zamieszczonej w książce Wiesława Kota W pustyni i w puszczy – prawda i legenda. Wnuk Władysława, Wojciech Tarkowski wzbogacił tę historię informacją o dalszych losach rodziny i rękopisu, który po zburzeniu przez Niemców kamienicy pod numerem 68 i przeprowadzce mieszkańców, przechowywany był podobno w bliźniaczym domu numer 72. Tarkowscy herbu Klamry mieszkali przy Marszałkowskiej 68 przez cztery dekady. Jak podaje na stronach swojej fundacji Elżbieta Tarkowska-Chatila już w 1906 r. Władysław Tarkowski i Matias Taubenhaus otworzyli pierwsze mieszkania dla samotnych matek z dziećmi i ubogich rodzin. W ostatniej wydanej przed II wojną światową książce telefonicznej Warszawy można odnaleźć abonenta Władysława Tarkowskiego, telefon 893 05, zarówno dla sklepu, jak i mieszkania. Zachowała się również karta pocztowa przesłana przez ciotkę Marię Szummerową w czerwcu 1945 r. na Marszałkowską 72, dokąd Władysław wrócił po wyzwoleniu i gdzie zmarł 4 listopada tego samego roku w wieku 70 lat.

Każdy mniej zamożny mól książkowy mógł przy Marszałkowskiej 68 skorzystać z wypożyczalni prowadzonej przez Kaspra Wojnara. Lata wielkiej depresji gospodarczej nie sprzyjały gromadzeniu własnej biblioteki. Miała więc pewnie duże powodzenie, szczególnie że księgarz był nietuzinkowy – legionista, weteran bitwy pod Kirlibabą z 1915 r., pułkownik artylerii, a jednocześnie zasłużony księgarz i autor Ilustrowanych dziejów Polski przedrozbiorowej. W październiku 1937 r. kupiła ją od Wojnara młodsza o całe pokolenie Apolonia z Koziarskich Michalska, redaktorka Katalogu książek polskich wypożyczalni Ludwika Fiszera, bardzo doświadczona już wtedy, 43-letnia łódzka bibliotekarka. Jak podaje wspomniana wyżej książka telefoniczna, Kasper Wojnar przeniósł swoją agencję księgarską na Wspólną 49. Telefon: 934 53.

Apolonia Michalska wcześniej przez 5 lat kierowała dużą i popularną Łódzką Wypożyczalnią Książek sióstr Felicji i Haliny Pieńkowskich. Do Warszawy przeniosła się z zamiarem lepszego wykształcenia synów. Niebawem dane jej było jednak nieść pomoc w kształceniu szerszego grona polskiej młodzieży. Pod przykrywką zwyczajnej wypożyczalni książek, działającej za zgodą władz okupacyjnych, Michalska pomagała w tajnym nauczaniu, dostarczając zakazane tytuły. Wszystkiemu kres położył dopiero wybuch Powstania. Obie postacie przeżyły wojnę – Wojnar zmarł w 1948 r., mając 77 lat, Michalska czasem publikowała w „Przeglądzie Bibliotecznym”, prowadziła badania bibliologiczne, ale przede wszystkim współtworzyła Bibliotekę Uniwersytecką w Łodzi, której poświęciła resztę swego długiego, 86-letniego życia.

Pewne tropy trudno odczytać bez wielogodzinnego wertowania bibliotek, archiwów, XIX-wiecznych spisów ludności. A i to mogłoby skończyć się fiaskiem – odkryciem, że niezbędne źródła spłonęły podczas- lub posłużyły do mało wzniosłych, nieliterackich celów zaraz po- wojnie. W tekście wspomnieniowym opublikowanym przez „Tygodnik Powszechny” 15 grudnia 2009 r. pisarz Marek Nowakowski stwierdził dość kategorycznie, że na ulicy ks. Ignacego Skorupki przy Marszałkowskiej, mieścił się jeszcze przed I wojną światową sklep chemiczno-fizyczny ojca pisarza... Wacława Berenta, autora Oziminy, Żywych kamieni i innych młodopolskich powieści, które eksperymentalne i trudne wydawały się zarówno ówczesnym krytykom literackim, jak i współczesnym czytelnikom (o ile uda się jakichś znaleźć – dopisek z rozpaczy, nie z sarkazmu). Karol Berent faktycznie był wziętym optykiem, razem ze wspólnikiem Edwardem Plewińskim zajęli się od 1870 r. wytwarzaniem i sprzedażą w Warszawie wag, barometrów, termometrów, higrometrów i wszelkiej maści innych -metrów, ogólnie mówiąc - aparatury pomiarowej. Gdzie dokładnie? Moniuszki 12, tel. 628 87 i 628 89 - siedziba, biuro i sprzedaż, Krakowskie Przedmieście 61 i 65 – punkty sprzedaży detalicznej w Warszawie w różnych epokach, a nawet Św. Marcin 49 – oddział w Poznaniu – takie adresy ich Składu Przyrządów Naukowych można znaleźć po latach. Może w latach rozkwitu otworzyli też sklep obok składu win Tarkowskiego, a może Berentowie kupili lub wynajęli tu mieszkanie? Firma „Berent i Plewiński” istniała aż 74 lata. Przez taki szmat czasu mogła zaliczyć wiele przeprowadzek, katastrof i inwestycji, zatem i adresów mogła posiadać sporo. Zakończyła żywot, jak prawie cała Stara Warszawa, wraz z wybuchem Powstania.
 
Trzepak, Stefa i pokoje umeblowane
 
Zanim zajmiemy się pisarstwem naukowym, publikacjami specjalistycznymi mieszkających przy Marszałkowskiej 68/70 lekarzy, historyków, psychologów, prawników i profesorów niezliczonych dyscyplin, przez co policytujemy się z twórczością płodnych poetów, spuśćmy trochę z tonu. Przecież nie tylko wzniosłe strofy płynęły spod piór pisarzy. Zachwyt wysmakowanym detalem florenckiej katedry swoją drogą, ale krew, pot, łzy i flaki po warszawsku też stawały się materią literacką. Inaczej nie powstałby Zły Leopolda Tyrmanda.
 
Okazuje się, że i nasze podwórko, a tym bardziej szemrane towarzystwo ulicy Skorupki miało swoich Merynosów, Meteorów, Kruszyny, Czarne Mańki i wybranki Osculatich... Nie było szklanych biurowców BFG i Stratosa. Siermiężny okres małej stabilizacji lat 60. nie sprzyjał strzyżeniu trawników czy rozświetlaniu eleganckich deptaków. Były tysiące ważniejszych i większych problemów. Nawet gdyby zapomnieć na chwilę o ustroju politycznym, zamordyzmie i antysemickiej nagonce 1968 r., to Warszawa miała problem sama ze sobą – gruzy w wielu miejscach stawały się w końcu istniejącym od pokolenia, opatrzonym elementem krajobrazu. Braki w zaopatrzeniu, bieda, niedobór mieszkań – tamte realia są już nie tylko nie do wyobrażenia dla dzisiejszych nastolatków. Także tym, którzy żyli w gomułkowskiej stolycy, nie byłoby już łatwo powrócić do ówczesnych standardów.
 
Wiele lat po wojnie, gdy już stał obecny budynek przy Marszałkowskiej 68/70, straszyły wciąż oficyny kamienicy przy Skorupki 2. Dzikie skwerki, krzaki i chaszcze, puste posesje - w najlepszym razie ogrodzone dziurawą, zardzewiałą siatką – tak wyglądała duża część Śródmieścia do lat 90. Mieszkańcy często z duszą na ramieniu parkowali na noc swoje samochody pod blokiem. Pomyśleć, że tuż obok, przy Wilczej funkcjonowała komenda MO. Towarzystwo wątpliwej konduity siadywało na zdezelowanych ławkach, przy trzepakach, wyczekując kolegów i omawiając najnowsze sensacje i romanse rodem z ulicy Poznańskiej. Zza winkla nadchodził jakiś absztyfikant, co to nową panią zdobywał buteleczką alpagi, a ferajnę – opowieściami z mamra, gdzie odsiadywał 3 miesiące za skrojenie skórzanego piterka frajerowi z Mokotowskiej. A że facjatę miał jakby u Frankensteina obstalowaną, szluga kopsnąć też nie zapomniał, to i rabanu nie robili.
 
O baletach na okolicznych melinach do dziś można posłuchać od pozornie niezorientowanych, nobliwych pań, pamiętających czasy sprzed niejednej wymiany pieniędzy. Wspominają panią Stefę, kerowniczkę znanego i podobno świetnie prosperującego przybytku uciech damsko-męskich, który mieścił się przed remontem przy Marszałkowskiej 72. Za to na ławce przy naszym trzepaku siadywało panstwo, rozpijało bełta... Dzieciarnia z trzech klatek bloku uczyła się wyszukanego słownictwa z podsłuchanych nocą monologów a przed kumplami z podwórka zadawała szyku nowym scyzorykiem. Zresztą ten rozdział nie jest wcale zamknięty. Nowe karty piszą squattersi. Dewastują budynek dawnej przychodni gruźliczej pod hasłem klubu seniora i warsztatów dziergania. Nieopodal działa znana wszystkim, oprócz Policji, dziupla przy szkole, gdzie po zastukaniu w uchylne okno na parterze, zawianym abonentom szefowa wydaje szczeniaczka dynksu.
 
Marszałkowska 68 też miała swoją panią Stefę, ale za sanacji. A dokładnie nie Stefę, a Lodzię vel Lulę. Redagowane przez Czesława Chmielewskiego warszawskie „Nowiny Codzienne” z 22 września 1933 r. podały na stronie drugiej, że za tolerowanie nierządu ukarano następujących hotelarzy: właściciela hotelu „Pomorze” (Kozia) grzywną w wysokości 700 zł, hotelu „Hiszpańskiego” – 1000 zł, hotelu „Sport” – 500 zł oraz właścicielkę pokojów umeblowanych przy ul. Marszałkowskiej 68, Ludwikę Korubowską – 300 zł. Pozatem ukarano Arona Szejwę (Ostrowska 14) grzywną – 100 zł za odnajmowanie prywatnego mieszkania nierządnicom. Kary musiały nie być dotkliwe dla naszej (s)eks-sąsiadki, skoro „Pokoje umeblowane” przy Marszałkowskiej 68 wciąż można było znaleźć w spisie abonentów Warszawy i okolic na rok 1939. Telefon 881 42. Jako że do kamuflażu przywykła, utrudniała identyfikację swojej tożsamości zarówno posterunkowym, jak i ciekawskim varsavianistom. A może to tylko kaczka dziennikarska, drukarski chochlik? W różnych książkach telefonicznych figuruje bowiem jako Ludwika Kozubowska, Ludwika Kazubowska a nawet jako handlowiec Ludwik Kazubowski! Można by wręcz podejrzewać, że przebiegła sutenerka sama na siebie doniosła, by zareklamować się w gazecie. Za 300 zł mogła jednak wykupić pół strony. Jak widać, policyjny kocioł musiał być prawdziwy. Ciekawe jest też zróżnicowanie wysokości grzywien. Może sąd brał pod uwagę lokalizację interesu? Przy Marszałkowskiej można było pewnie liczyć na lepszą klientelę niż przy Ostrowskiej. Z drugiej strony gdzie tam takim pokojom umeblowanym do całego hotelu „Hiszpańskiego” przy Chmielnej...
cdn.
Autor: Przemysław Pawlak

Przedwojenny mieszkaniec

1 sierpnia 2011 r., jak niemal co rok, w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, Wspólnotę przy ul. Marszałkowskiej 68/70 odwiedził dawny mieszkaniec przedwojennej kamienicy stojącej pod tym adresem, 
pan Ryszard Pomykała z żoną i synem. 

Pan Antoni Pomykała – ojciec pana Ryszarda mieszkał wraz z rodziną na IV piętrze neogotyckiej kamienicy Taubenhausa, bliźniaczki tej spod numeru 72, od strony ul. Skorupki. 

Przy okazji możemy przypomnieć, że nie zawsze tak brzmiała nazwa tej ulicy - przez ponad 40 lat, między 26 marca 1949 r. a 14 sierpnia 1989 r. ulica ta nazywała się tak jak przed 1920 r. - Sadowa, ponieważ reżim komunistyczny nie mógł znieść patrona – księdza.

Pan Ryszard zachował sentyment do miejsca, w którym spędził dzieciństwo. Powraca tu, by chociaż stanąć na swoim dawnym podwórzu. Z tamtych odległych czasów na naszej posesji zachowały się tylko mury sąsiedniej kamienicy przy Marszałkowskiej 66. Chociaż przed wojną stały tu trzy oficyny, więc tej starej ściany, tak pięknie oplecionej od lat dzikim winem, nie było wtedy widać. Podwórko było niewielkie, typowo wielkomiejskie, bez drzew, w kształcie studni. Mieszkanie pp. Pomykałów na poddaszu było pełnowymiarowe, bez skosów, nad nim dopiero był strych i bardzo stromy dach, jak pod numerem 72. 

Mieszkań w kamienicy było ok. dwudziestu, po osiem i pięć pokoi (!). Na parterze działały sklepy – kolonialno-spożywczy, z galanterią skórzaną, wędliniarski, a także pracownia zegarmistrzowska. Większość mieszkań zajmowali zamożni, zasymilowani Żydzi, wśród sąsiadów przed wojną nie było Niemców, Polacy mieszkali głównie w oficynach, ponieważ większości nie stać było na czynsz 350 zł za luksusowe mieszkanie od frontu. Pan Ryszard pamięta, że miesięczna pensja jego ojca wynosiła wtedy ok. 90 zł.

W szkolnych przedwojennych czasach nasz bohater przyjaźnił się z rówieśnikiem, synem ginekologa Arnolda Cejtlina. Podobnych ancymonków było może ze dwudziestu w najbliższej okolicy. Jeździli na hulajnogach po kocich łbach ul. Skorupki, robiąc niesamowity hałas i nie zważając na cały świat. Już po śmierci Marszałka Piłsudskiego, gdzieś w 1936 r. położono asfalt i zabawa nie była tak „huczna” jak dawniej. Na zakręcie ul. Skorupki, pod ówczesnym numerem 7 działała przed wojną stacja benzynowa – zwiastun postępu technicznego.

Wychowany w duchu patriotycznym pan Ryszard wstąpił do harcerstwa, w 1939 r. wraz z 13. Drużyną przeżywał kapitulację Warszawy. Podczas okupacji wpadł w ręce hitlerowców w trakcie jednej z ulicznych łapanek. Wywieziony na roboty do Rzeszy, półtora roku spędził w Wiedniu. 
Za złe sprawowanie 2 lata niewolniczo pracował w kopalni węgla kamiennego.

Zaradny, niepozbawiony brawury i fantazji młodzieniec nie tylko wrócił do ukochanego miasta rodzinnego, wziął udział w Powstaniu Warszawskim, ale na dodatek nie dał się zamknąć w obozie przejściowym w Pruszkowie. Uciekł z kolumny wychodzącej z Warszawy po kapitulacji Powstania i tak doczekał szczęśliwie zakończenia wojny. Dom został doszczętnie zniszczony spadającymi w trakcie powstania niemieckimi „krowami” i wybuchającymi pożarami. Ruiny sięgały pierwszego piętra.

Zdaniem pana Pomykały, właścicielką tej kamienicy oraz innej w Al. Ujazdowskich była pani Pelz, która podobno mieszkała tu także w czasie okupacji, dwa razy okradziona przez Niemców. Sensacyjnie i nieprawdopodobnie brzmi opowieść o jej wojennych losach – opłaceniu lotu samolotem niemieckim do Włoch i stamtąd do USA, skąd później pisała listy do dawnych lokatorów.
Autor: Przemysław Pawlak

Z "Dziennika" Julii Hartwig

17.04.2009
„Ciepły, wiosenny dzień. Balkon szeroko otwarty, widok na nagą ścianę kamienicy stojącej frontem do ulicy Wilczej. Na ścianie, wzdłuż i wszerz, rozpięta plątanina gałęzi dzikiego wina, wciąż jeszcze nierozbudzona, jak co roku wypuszczająca listki jako ostatnia po rozrośniętej brzozie, którą pamiętam jeszcze jako wiotką młódkę, i po sędziwym już kasztanie, przygotowującym teraz swoje świeczniki kwiatów, których ukazanie się zawsze mnie zaskakuje.”

10.06.2010
„(...) wczoraj wczesnym wieczorem, kiedy słońce już nie operowało na balkonie, usiadłam tam, żeby zaczerpnąć powietrza i nacieszyć się widokiem wspaniałej ściany przeciwległej kamienicy, 
pokrytej całkowicie zielenią dzikiego wina. Wystarczyło posiedzieć chwilę spokojnie, by ogarnęła mnie radość z tej zieleni, wzmocnionej jeszcze sąsiedztwem obfitujących w listowie kilku drzew rosnących na podwórzu – kasztana, dwu brzóz i kaliny – nad którymi rozciąga się z wysokości mojego czwartego piętra szeroki widok nieba, bardzo tego popołudnia wysokiego, po którym nieustannie krążyły jaskółki i drobne, nierozpoznawalne z daleka ptaszki, których lot niesiony był powtarzającym się co jakiś czas trzepotem skrzydeł, to znów poddawał się łagodnie fali powietrznych prądów. Jak skromnego czasem wystarczy widowiska, by doznać uczucia błogości i spokoju.”

13.06.2010
„(...) Dziś znowu krótki wypoczynek na balkonie. Kiedyś wzięłabym zaraz do ręki książkę, teraz z przyjemnością zajęłam się kontemplowaniem małej sceny mojego pełnego zieleni podwórka. 
Nie pierwszy już raz skupiłam uwagę na kilkunastu ptakach, które je odwiedzają. Rodzina wron, osiedlona gdzieś za sąsiednim domem, nieustannie odwiedza nasz teren, oblatując go wielokrotnie podczas dnia i zatrzymując się często na krawędzi przeciwległego dachu. Przebywające tu gołębie i wrony zachowują wobec siebie ścisłą izolację (gołębie zmykają na widok nadlatujących wron); od niedawna, ku mojej radości, pojawiły się też niewidywane dotąd wróble. Te przemiłe ptaszki, które były tak częstymi naszymi towarzyszami na ulicach, na skwerach i w parkach, a dziś są coraz rzadsze – giną z braku pożywienia, które jeszcze do niedawna łatwo zdobywały na zamykanych dziś szczelnie śmietnikach. Nawet teraz, choć wkrótce już zajdzie słońce, słyszę ich wytrwałe świergotanie.” 

Fotografie

Pochód 22 lipca 1964 r. (źródło: fotopolska.eu)

Defilada 22 lipca 1964 r. (źródło: fotopolska.eu)

Przed wojną. Jedna z bliźniaczych kamienic Taubenhausa istniejąca w miejscu dzisiejszego budynku przy ul. Marszałkowskej 68/70.

Przed wojną. Widok od strony Pl. Konstytucji: po prawej widoczna kamienica nr 66, następnie 68/70 i istniejąca do dzisiaj nr 72.

Przed wojną. Widok na kamienicę z nr 74, następnie bliźniaczki Taubenhausa.

Widok z MDM w kierunku Ogrodu Saskiego. Po prawej stronie widoczny zachowany 2-kondygnacyjny fragment zburzonej kamienicy ul. Marszałkowska 67/70. Budynek o numerze 72 zachował się praktycznie w stanie nienaruszonym. Fotografia z 1955-57 r. źródło: NAC